Powtarzalność jest niejako inherentna dla boomer shootera, ale kolejne poziomy, bossowie i spluwy dają jedynie iluzję ciągłej zmiany. Rozgrywka jest szybka, krwawa i dynamiczna, raz coś
Był gliniarzem, i to dobrym gliniarzem. Jedynym jego błędem było zeznawanie przeciwko skorumpowanym kolegom z policji... A nie, to nie ta bajka. Jack Pepper nie bawiłby się w żadne sądy, on poszedłby się napierdzielać. Bo choć historyjka z offu, snuta, a jakże, przez samego bohatera, to melancholijna przygoda samotnego detektywa, rozczarowanego światem, snującego się po mieście zepsucia, ale nadal wierzącego, że gdzieś tam świeci światełko, trup ściele się tu gęsto. Komu jednak nie przeszkadza ten dysonans łączący na ślinę czarny kryminał i boomer shootera, ten odnajdzie się tutaj od pierwszego wystrzału.
Może szukam dziury w całym (aż prosiło się o serowy żart, lecz, uwierzcie mi, po zakończeniu przygody będziecie mieli dość słownych gierek z nabiałem), bo przecież mamy do czynienia z twórczym przetworzeniem konwencji noir na kreskówkę z lat trzydziestych, ale jednak fabuła jest tutaj tak ciasno zszyta z gameplayem, a jednocześnie od niej daleka, że jakoś nie mogłem się otrząsnąć. Zwłaszcza że zbieramy tropy, przypinamy do korkowej tablicy znalezione po drodze dowody, rozmawiamy z ludźmi... znaczy z myszami, i torujemy sobie drogę do prawdy, choć jest ona nafaszerowana porwaniami, morderstwami i korupcją.
Ale z drugiej strony nie detektywistyczna robota stanowi rdzeń "MOUSE: P.I. For Hire", tylko eliminacja myszy stojących po drugiej stronie prawa. I tu gra błyszczy, bo już sam klimat jest fantastyczny, od głosu Troya Bakera snującego leniwie opowieść Jacka, przez kreskę bezbłędnie imitującą stare, disnejowskie animacje, do poczucia humoru, niekiedy co prawda ciężkiego, ale ufam, że intencjonalnie, zwłaszcza że polska wersja językowa jest prima sort.
Oprawa graficzna zdecydowanie wyróżnia grę rodzimego Fumi Games na tle innych strzelanek z tego segmentu, którym częstokroć trudno znaleźć własny język i jedynie powtarzają sprawdzone rozwiązania, żerując na czynniku nostalgicznym. Dokonany tutaj remiks jest twórczy w swojej odtwórczości, bo, korzystając z rozwiązań dla gatunku klasycznych, przenosi je na grunt oldskulowej animacji i doprawia bezpardonowym podejściem do przemocy. Komu przychodzi teraz na myśl niesławne "Cuphead", ten ma dobre skojarzenie, ale to wszystko, co łączy obie gry.
Tym bardziej, że "MOUSE: P.I. For Hire" jest aż zbyt proste. Z niejednej strzelaniny wychodziłem bez szwanku, choć powinienem być podziurawiony jak... niech będzie, ser szwajcarski, a amunicji i zdrówka jest tu ciągle pod dostatkiem. Szczęśliwie sama frajda z obcowania z tym światem, z podążania po nitce do kłębka, jest na tyle duża, że naprzód pcha gracza czysta ciekawość, co dalej wymyślą twórcy omawianego tytułu. Pętla rozgrywki nigdy jednak nie wychodzi poza to, co zobaczymy w ciągu pierwszych dwóch czy trzech godzin (całość to jakieś dwanaście), w czym nie pomagają owe zastrzeżenia fabularne przywołane na początku niniejszej recenzji. Oczywiście powtarzalność jest niejako inherentna dla boomer shootera, ale kolejne poziomy, bossowie i spluwy dają jedynie iluzję ciągłej zmiany. Rozgrywka jest szybka, krwawa i dynamiczna, raz coś wysadzimy, innym razem coś przeskoczymy, szkoda tylko, że gameplay oparty jest głównie na kill roomach, a przeciwnicy zaczynają się nagle wylewać do pomieszczenia z każdych dostępnych drzwi. Pokoje i pokoiki te nie oferują z kolei zbytnich atrakcji terenowych i głównie strzelamy do drani z poziomu podłogi, aż ich nie wystrzelamy, bo nie da się tu pójść na skróty, nawet gdy wrogów jakimś cudem i sposobem jednak wyminiemy.
Pepper zna parę fajnych sztuczek, kilku się też nauczy po drodze, stale rozbudowując swój arsenał. Umiejętności ma dość standardowe, ale też co i tu wymyślać, skoro wystarczy w większości sytuacji sprint i podwójny skok (choć, oczywiście, z czasem będziemy mogli też biegać po ścianach i wykorzystywać swój ogon nie tylko do otwierania kłódek), broń z kolei można podrasować za zebrane podczas misji pieniądze. Są tu też chwilowe power upy (kawka i szpinak chociażby), wybuchowe beczki do rzucania i tryby alternatywnego ognia. Ponadto gra wykorzystuje centralny hub, gdzie, prócz naszego biura, znajdziemy też sklep, gdzie uzupełnimy magazynki przed kolejnym etapem, bar i warsztat. W tym drugim możemy także zagrać w baseballową karciankę, która wciągnąć może i sceptyka, co to nie lubi, jak się go odciąga od strzelania. Niestety, mapa miasta, po której śmigamy autem, to tylko bajer, bo lokacje, do których możemy i musimy się udać, są z góry narzucone, poza paroma obiektami użyteczności publicznej, czyli lokalnymi spelunami, gdzie pogadamy i porzucamy kartami.
Pamiętajcie tylko, że kule się Jacka Peppera nie imają. Upewnijcie się więc, że ustawicie najwyższy poziom trudności, bo inaczej nasz detektyw będzie istną maszyna do zabijania. I nie poplamcie sobie prochowca tuszem.
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu